Włodzimierz Leonard Lubański – były reprezentant Polski w piłce nożnej, grający na pozycji środkowego napastnika, później także trener. Jeden z najlepszych i najbardziej utytułowanych polskich piłkarzy XX wieku. Przez wiele lat związany z klubem Górnika Zabrze, z którym dotarł do finału Pucharu Zdobywców Pucharów. W Reprezentacji Polski strzelił 50 bramek (z tego 2 nie są uznane przez FIFA) i zdobył mistrzostwo olimpijskie w 1972 r. Po ciężkiej kontuzji wyjechał do Belgii, gdzie wraz w KSC Lokeren rozegrał 196 meczów strzelając 82 bramki, a następnie pracował, jako trener. Do dziś mieszka w belgijskim Lokeren, a w styczniu 2023 roku spotkał się z w darmsztadzkim Instytucie Spraw Polskich z polskimi i niemieckimi sympatykami piłki nożnej.                                                     

Panie Włodzimierzu, jak trafił Pan na piłkarskie boisko? Czy to zasługa ojca, który był prezesem Sośnicy Gliwice?

Kiedy byłem dzieckiem, to piłka nożna była naszą najlepszą zabawą. To prawda, że mój ojciec był prezesem Sośnicy Gliwice. Bardzo szybko, już jako 10-cio latek trafiłem do gliwickiego klubu. Tam, co roku robiłem postępy, aż w wieku 16 lat przeniosłem się do drużyny Górnika Zabrze.

Pana szybki rozwój piłkarski sprawił, iż zabiegał o Pana sam Real Madryt?

To były czasy, kiedy już ocierałem się o zawodowe piłkarstwo. Grałem w reprezentacji kraju i zacząłem odnosić większe sukcesy…. Wtedy to właśnie dostałem poważną ofertę z Realu Madryt. Prezydent „Królewskich” przyjechał wówczas do Zabrza i oferował za mój transfer nawet milion dolarów, co było tamtych czasach astronomiczną sumą pieniędzy. Niestety, polskie, komunistyczne władze nie pozwoliły mi na wyjazd z kraju. Argumentacją było, że jestem idolem i przykładem dla młodzieży…. Teraz to już jest historia.

Kontuzja wyeliminowała Pana z Mistrzostw Świata w 1974 roku. Może gdyby podczas słynnego „meczu na wodzie” we Frankfurcie, był Pan na boisku, to pokonalibyśmy Niemców w półfinale?

Gdyby, gdyby…To jest takie „gdybanie”. Trudno to teraz stwierdzić. Natomiast pewne jest, że jeśli bym wtedy grał i był w pełni sił, to wniósłbym coś pozytywnego do gry naszej reprezentacji. Tak było do momentu mojej kontuzji. Grałem w podstawowym składzie, strzelałem wiele bramek, byłem kapitanem zespołu. Bardzo ubolewałem, że nie mogłem zagrać na mistrzostwach świata w Niemczech i kontynuować mojej kariery, która się wtedy rozpoczęła.

Grał Pan w słynnej drużynie Orłów Górskiego. Na ile ważny dla reprezentacji jest trener?

To jest bardzo ważna osoba dla każdej reprezentacji kraju. Połowa sukcesu każdego zespołu, to zrozumienie pomiędzy trenerem, a zawodnikami. Naprawdę fantastycznie jest wtedy, kiedy jest jeszcze zrozumienie pomiędzy zawodnikami. Są przecież czasem sprawy związane z zazdrością, niedomówieniami. Dobrym przykładem są igrzyska olimpijskie w 1972 roku, gdzie nie byliśmy faworytami. Mądrość trenera Górskiego, mocny skład, dobra atmosfera w zespole i przede wszystkim chęć zwycięstwa, pozwoliły nam zdobyć złoty medal. Dziś, kiedy mówimy, że Polacy fajnie zagrali na jakiejś imprezie, to mnie wcale nie satysfakcjonuje. Na zawodach sukcesem nie jest sama gra, a zdobycie na niej trofeów. W piłce nożnej gra się w końcu po to, aby zwyciężać. Oczywiście nie powinniśmy porównywać tamtych czasów z dzisiejszym futbolem. Jednak jedna rzecz się nigdy nie zmieniła, tę piłkę trzeba dobrze kopać. Do tego zawsze będzie potrzebna dobra baza techniczna i przygotowanie fizyczne. Jedno, co na pewno nas wtedy wyróżniało, to fakt, że my chcieliśmy odnieść sukces. My o premiach rozmawialiśmy dopiero po zakończeniu turnieju…

Jak ocenia Pan wybór Fernando Santosa na trenera reprezentacji Polski?

Nie znam tego człowieka. Znam jego przeszłość, wiem gdzie pracował i jakie odnosił sukcesy. Jednak mimo wszystko on musi przekonać zawodników z reprezentacji, aby szli razem z nim „jedną drogą”. Pytanie też, w jakim języku będą ze sobą rozmawiać. Choć najważniejsze jest, czy będzie potrafił wzniecić w piłkarzach wolę walki i chęć zwycięstwa.

Czego Pana zdaniem brakuje w grze polskiej kadry, aby dorównać najlepszym zespołom na świecie?

Nie będę moich młodszych kolegów upominał. Mogę tylko powiedzieć, że kiedy ja wychodziłem na boisko, to moim celem było wygrać. Byłem optymalnie przygotowany i wkładałem do gry cały swój wysiłek. Niech oni też to po prostu robią. Jedyne, co mogę im podpowiedzieć, to niech biorą z nas przykład.

Rozmawiał Michał Kochański