Aktualności

Z perspektywy autorki czyli zza wiecznego pióra

Empik 2Jako, że spóźniłam się na własne spotkanie autorskie, wkroczyłam bardzo szybkim krokiem, nieco zdenerwowana, myśląc ileż to minut jest po czasie, a wewnętrzny krytyk, bardzo zadowolony dodał w moim umyśle: no proszę, ociąga się jakby była jakąś gwiazdą. Bardzo starałam się być punktualnie, rezerwując wizytę u fryzjerki dwa miesiące wcześniej. Wszystko szło bardzo sprawnie, aż do momentu kiedy powiedziałam:

– Pani Doroto, te pasemka są bardzo ładne, taki ciepły blond wyszedł, ale czegoś mi tu jeszcze brakuje… A jakby pani tak…

– Oczywiście. – Zaraz po tym słowie nastąpiło bardzo dobranie koloru prawie czerwonego, chociaż podobno był to rudy i pojawiły się kolejne małe, błyszczące folie na czubku mojej głowy. Nie wiem czemu, ale wydawało się, że nagle zegar zaczął niebezpiecznie przyspieszać.

Moje ciało wykonało nagły impuls niemal wyrwania się do przodu jakby chciało mi dać do zrozumienia, że czas iść do Empiku. Gdzie? Głos rozsądku zapewne powstrzymał mnie od wstania dodając: Przecież nie pójdziesz w tych sreberkach. A jeszcze końcówki! A cięcie? Wydawało się to logiczne, nie było co się podrywać za wcześnie. A rodzice pisali, że są, że czekają w samochodzie.

– To ciąć czy nie ciąć? – oto było kolejne pytanie, a odpowiedź też nie mogła poczekać. Sekundy później nastąpiło strzyżenie końcówek zachwycająco prawie czerwonych, ale tak naprawdę rudych. Dlaczego na zegarze mijały minuty w tempie półsekund, nie wnikałam, tylko poprawiałam makijaż, a potem całkiem zwyczajnie wystartowałam już prawie w rytmie porannego joggingu. Szczęśliwie zdążyłam zapłacić.

– Hahaha… – mama roześmiała się głośno. – Ty jak tata, wszędzie się spóźniacie.

– Ja się nigdy nie spóźniam, – zaoponowałam natychmiast mając na myśli niemiecką puntualność pociągów sprawiającą, że w pracy pojawiałam się przed czasem. – To musi mieć coś wspólnego z Polską. – Przez chwilę zastanawiałam się czy rzeczywiście mieszkając tutaj udawało mi się gdziekolwiek zdążyć. – Mamy pietnaście minut.

– A korki?

Uporczywie wpatrywałam się w ulicę, którą tacie udawało się po prostu przejeżdżać, omijając potencjalne kolejki formujące się już z aut. Gdzieś skręcił, wybierając inną ulicę, gdzieś przejechał, wolałam nie wnikać tylko powiedziałam:

– Wyskoczę na światłach i pobiegnę. – Właśnie sygnał zmienił się na czerwony.  11174304_966231146740953_8874999152850687276_o

Nie byłam zaskoczona, że nie było witającego mnie tłumu czytelników, bo i od roku nie mogę się doprosić o to, by moje książki dotarły do Empiku. Ucieszyłam się jednak widząc większość znajomych twarzy i uściskanie wszystkich zajęło mi trochę czasu. Nadal zdenerwowana podałam rękę pani Magdzie Walusiak, prowadzącej spotkanie, która zaprosiła mnie za wielkie biurko z równie dużym napisem Empik. Moje książki były wystawione na półkach po raz pierwszy od wydania. Nie było jednak zbioru moich pierwszych opowiadań. Zatem skąd mieliby się wziąść czytelnicy?

– Pani Joanno, – czyżby spotkanie się już zaczęło? Przecież ja dopiero co zdążyłam usiąść nadal nieco poruszona własnym przyjściem kilka minut po czasie. Zdążyłam zauważyć, że został mi podany mikrofon, a potem usłyszałam swój własny głos witający się nieco bardziej oficjalnie.

Nic absolutnie nie przygotowało mnie na pytania, które nastąpiły chwilę potem. Stłumiłam odruch mówienia co chwilę jakie to fantastyczne, bardzo dobre tematy do poruszenia. Nikt do tej pory nie zwrócił uwagi na rozkład w jakim ułożyłam opowiadania dzieląc je, nie podając żadnego prawie w całości, a przeplatając jedne kolejnymi.

– Z czego to wynika? – zostałam natychmiast zaskoczona i zdążyłam pomyśleć, że aż tak głęboko konspektu układu książki nie analizowałam. Jak to jednak bywa, tym razem jedność myśli ze słowami nie nastąpiła.

– Taki układ wydawał mi się najbardziej sensowny ze względu na długość opowiadań. Być może nie chciałam też męczyć czytelnika, zatem podałam to formie: trochę tego, ciut tamtego, by każdy wybrał sobie to, co może mu się spodobać.  – Niestety zdania nie wydobywały się ze mnie tak gładko jak pisanie. Już niedługo miałam usłyszeć od znajomego zupełnie inny rodzaj pytania: A co tak zaciągałaś? To częsta wada Polaków, te ich ę i ą, eeee….. h….. Trzeba było wyluzować. Ja to tam leje na takie… Ponieważ chwilowo byłam w stanie zupełnie innej świadomości, nastawionej na koncentrację i intencję dostarczenia w miarę zrozumiałych odpowiedzi, oraz wolna od jakiejkolwiek konstruktywnej krytyki, mogłam usłyszeć kolejne zdanie prowadzącej i postarać się na nie zareagować.

– Mam takie okresy, gdzie maluję intensywnie, albo piszę… jakby to powiedzieć, to raczej taki przymus pisania, kiedy coś się pojawia w umyśle… coś chce być wyrażone…. w związku z tym ja to piszę, póki to się nie wyczerpie… i nie ważne czy ja jestem zmęczona w tym momencie czy nie… więc ta harmonia nie zawsze jest mi dana, albo nie zawsze ja sobie na nią pozwalam. – Tak, miałam wrażenie, że coś bardzo namieszałam, szczególnie, że nie pamiętałam pytania, ale chodziło jej o spokój wewnętrzny.

– Tu pani kilku tematów dotknęła. W jednym z wywiadów mówila pani o tym, jakie wypalenie przytrafiło się pani z okazji tańca. To wszystko to różne rodzaje ekspresji, różne media do wyładowania swojej ekspresji. Dlaczego potrzebuje pani tak różnych form? Nie da się wszystkiego tańcem opowiedzieć?

– No właśnie, to bardzo dobre pytanie. – Nie mogłam się opanować od pochwalenia pytania, które bardzo mi się spodobało. Byłam też pełna podziwu dla kobiety, która tak zgrabnie potrafiła konstruować te pytania, nawiązywać do tematów i je elegancko przekierowywać. – Da się oczywiście, tylko prawdopodobnie ja nie jestem tą osobą, która to czuje. Jeśli coś chce się wyrazić w jakiejś formie, to najlepsze co mogę zrobić to pozwolić się temu wyrazić w tej formie, w której do mnie to przychodzi. Czy to będzie piosenka czy malowanie, to jest to sprawa drugorzędna.

– Czy to jest uzależnione od tematu?

– To jest poczucie, że jeśli coś chce się namalować, nie myślę o tym, że teraz będę tylko malować, to przychodzi i odchodzi. Na szczęście nie jestem zobligowana, że muszę namalować kilka obrazów, by je sprzedać.

DSC_1038– Skoro przy okładkach jesteśmy. Jak to wygląda z okładkami?

– Mam bardzo dobrego grafika. Ja mu mówię co ja chcę, a on robi co chce. (tak, śmiech zdecydowanie pomaga rozładować wszelkie napięcie). Znów ja mu mówię, czy mi się to podoba, czy nie. Oczywiście nie wszystko mi się podoba. Czasem to trwa kilka godzin. Przy pierwszej okładce siedzieliśmy ponad godzinę nad włosami postaci. On pytał: jakie włosy, a ja, że nie takie. Ale jakie, pytał. Nie wiem, odpowiadałam, ale nie takie.

– No tak, potrzebny był fryzjer. – Jak dobrze, że pani prowadząca zareagowała z dawką poczucia humoru.

– A nie kusiło pani, by własne obrazy pokazać na okładkach?

– Kusiło, ale jeszcze nie teraz. Nie! Nie kusiło mnie w ogóle, skłamałam. Jak mnie skusi, to pewnie tak się stanie.  – No proszę nie ma to jak się zakręcić w zeznaniach.

– Bywa pani dziennikarką, bo tak można określic pani działalność z Twoim Miastem. Pisze pani o rzeczywistości, co znane i co należy do naszego świata. Czemu jeśli pisze pani już utwory nie opisujące rzeczywistości, sięga pani po fantastykę? Czemu nie realistycznie, a sięga pani też po groteskę?

– Myślę, że dlatego, że fantastyka daje nam szerokie pole do wyrażenia siebie i zatracenia pewnych granic. Mamy ustaloną rzeczywistość tutaj, gdzie pewne rzeczy się dzieją i wszyscy się na to zgadzają. Natomiast zawsze pociągało mnie to, że jest coś więcej. Co tak naprawdę to jest, nie wiem, być może nikt nie wie. Może bardziej to czujemy niż wiemy. Fantastyka daje możliwość poruszania się w tych sferach, zobaczenia, co tam jest.

– Co jest dla pani najważniesze kiedy pani pisze?

– Będę musiała się nad tym zastanowić jeszcze chwilę. Myślę, że najważniejsze kiedy czuję formę inspiracji jest przekazanie jak najpełniej tego, co czuję, jak najwyraźniej. Obawiałam się, czy mój język polski wystarczy na to wyrażenie, bo wiadomo, że jeśli mieszka się dlużej za granicami kraju, nabiera się innych słów z innych języków. Przyznam, że najgorsze dla mnie było kiedy nawet nie usiłowałam mówić po niemiecku, a jakieś słowo przychodziło mi do głowy tylko po niemiecku. – Czyżbym usiłowała się podświadomie wytłumaczyć, że właśnie teraz brakuje mi słów i mam wrażenie, że zwyczajnie dukam, ot tak sobie dukam po polsku? Bardzo szczęśliwie akurat w tym momencie nie usłyszałam komentarza znajomego: a po co się powtarzasz? Spytałam później mamy, czy w książce jest dużo powtórzeń?: oj jest, sama pamiętam jak czytałam. To się rzuca w oczy. To czemu mi o tym nie powiedziała rok temu jak pierwsza książka wyszła? Zaraz, zaraz, czyż to nie edytora i korektora praca zwrócić na to uwagę? No fakt, moją pracą będzie dodatkowo poczytać słownik synonimów.

– Mamy już dwa zbiory opowiadań, też poradnik. W szufladzie trzyma pani początek sagi. Też fantastyka?

– Poradnik? – chwilowo spadła mi koncentracja, zapewne z tego natłoku myśli pędzących trzysta mil na godzinę. –  A, nie w szufladzie! – uf, zreflektowałam się. – W szufladzie trzymam powieść, która być może będzie trylogią, być może jeszcze dalej się rozwinie. Ona jest bardziej osadzona w rzeczywistości. To książka, która już ma tytuł, tworzy się, a ja bardziej obserwuję co się z nią dalej stanie. Ona ma pierwiastek fantastyczny, jest o śnieniu, snach, jak sny wpływają na rzeczywistość.IMG-20150510-WA0002

– Nie kusiło pani, by pokazać środowisko emigrantów?

– Bardzo kusiło i będzie o tym książka.

– No mam nadzieję. A taniec, da się opisać taniec?

– Da się, moja przygoda z tańcem jest długa i skomplikowana i ta książka też się pisze. Będzie to może bardziej osobista książka, ze względu na to, że ja nie tylko tańczę, ale też uczę tańca, a to było dla mnie trudne. Ja nie chciałam uczyć. Było to coś nadane w danym momencie. Uczenie innych uważam jest trudne, bo nie polega na tym, że coś pokazujemy i wszyscy to powtarzają, tylko jak im to przekazać, żeby oni naprawdę to załapali.

– Trudniej uczyć dzieci czy dorosłych?

– Dla mnie trudniej dzieci. Dorośli są na tyle wychowani, że nawet jeśli coś im się nie podoba, są bardziej wytrzymali na to. Jesteśmy nauczeni nudzić się w tym społeczeństwie i nie wyjsć z lekcji, a dzieci wstaną i zaczną rozrabiać.

– Po prostu dają znać, że ktoś jest kiepskim nauczycielem.

– Może nie do końca zawsze tak jest. – zupełnie nie o to mi chodziło, by pokazać się jako kiepski nauczyciel, musiałam zatem z tego wybrnąć, a w ogóle to po co ja o tym mówię, przecież miałam mówić o książkach. No teraz to już za późno. Chcąc wytłumaczyć, miałam wrażenie, że motam się w tym temacie jeszcze bardziej. – Chodzi o to, że są różne kultury, mam do czynienia teraz z kulurą arabską, gdzie dzieci nie mówią, a krzyczą. Dotrzeć do nich jest trudniej dla mnie i to wymaga ode mnie kombinowania co ja mogę zrobić w tym momencie, zadać sobie pytania, by być bardziej świadomą co mogę zrobić najlepszego.  Nie tylko muszę zareagować na to, że ktoś wyskoczy przez okno mówiąc, że na pewno się będę cieszyć…

– Prowadzi pani zajęcia na parterze mam nadzieję? – jak dobrze, że ona mi przerwała ten wywód, który sama nie wiem dokąd miał prowadzić.

– Nie, na trzecim piętrze. – I znów odpowiedziałam zupelnie nie to, co było potrzebne.

– I udaje się zapanować nad tymi dziećmi?

– I tak i nie? I to jest najlepsza odpowiedź. Osobiście mam poczucie, że na 100% to mi się nie udaje. Ktoś obok, kto jest tam ze mną czasem, uważa, że radzę sobie fenomenalnie. Także myślę, że to zależy od percepcji.

Empik podpis, up– W tym wywiadzie opowiada pani o mistrzach tańca, od których się pani uczyła. A gdyby miała pani wymienić mistrzów pisania, od kogo pani się uczyła pisać?

– Czytam różne rzeczy, też po angielsku. Miałam takie fazy, jako nastolatka uwielbialam M. Sandemo, Sagi, oczarowała mnie J Chmielewska. Może ja zgeneralizuję, lubię poczucie humoru, nawet jeśli to jest poważny temat, lubię, by forma była lżejsza, zmieniająca percepcję, by człowiek mógł inaczej spojrzeć na cięższą sprawę. Uwielbiam książki Pratcheta. Ostatnio czytałam książkę Shaha Dom Kalifa. To akurat jest o kulturze arabskiej i akurat ta książka też jest pełna poczucia humoru, ale też nie muszą takie być. Uwielbiam też książki psychologiczne, również kryminały: Ann Rice… tfu… Agathę Christie… i już właśnie mówię o horrorach Ann Rice. Też Tybetańska sztuka śnienia to bardzo dobra lektura.

– Tu wymieniła pani Pratcheta, czyli najwyższa półka najwyższa jeśli chodzi o fantastykę. Kto z państwa chciałby zadać pytanie. Autorka jest życzliwa i chętnie udzieli informacji. Państwo wolą pewnie na boku sobie porozmawiać.

– Nie będziemy torturować. – ktoś się odezwał.

– Która to książka? – ktoś jednak o coś zapytał.

– Druga jeśli chodzi o opowiadania.

– A skąd czerpiesz inspirację, pomysły?

– Oczywiście każdy autor pewnie powie z życia.

– Niektórzy mówią z niczego czyli z głowy. – podpowiedziała prowadząca.

– Z obserwacji.

– Inne wymiary? Gdzie je pani ostatnio zaobserwowała?

– W sobie. Naprawdę. Inne wymiary to są też inne rzeczywistości, nie tylko tej realnej, ale też uczuć, co czujemy, a wydaje nam się, że nie powinniśmy odczuwać.

– Tu chodzi bardziej o stróżów… no właśnie to mnie zainteresowało, że istota niematerialna może potrząsac bransoletą, albo lubić miętę nie mając kubków smakowych.

– Na to pozwala właśnie fantastyka, że można lawirować pomiędzy rzeczywistościami. Np. kwestia wampirów. Jeden autor napisze, że one nie mogą chodzić w dzień, inny da im pierścionki, pozwalające chodzić w dzień, a według innego, że mogą chodzić. To są te niuanse, którymi można manipulować.

– Jak długo pani zabawi w Polsce?

– Trzy dni.

 

– Niektórzy z państwa zatem będą mieli do dyspozycji autrokę. Szanowni państwo  nie ma co zwlekać, trzeba sięgnąć po książkę. Tu parę osób widziałam z okrzykami się z panią witały. Można jeszcze podejść i poprosić autorkę o podpisanie. Dziękuję. Joanna Piłatowicz. – I tak rozmowa dobiegła końca, mikrofon został mi odebrany, natomiast dla odmiany otrzymałam długopis.

***

IMG-20150510-WA0001

Spotkanie autorskie to był dopiero początek… do własnych obserwacji… Coś w tym jest, jak ostatnio czytałam w jakimś artykule online, że język, jakim się posługujemy, wpływa na percepcję świata, to, w jaki sposób go odbieramy. O ile pamiętam, wedle badań Niemcy mówiący po angielsku stawali się niemal innymi osobami posługując się innym językiem przez dłuższy okres czasu. Wracając do rodzinnego języka natychmiast stawali się bardziej stanowczy i zorientowani na cel. A co z językiem polskim? Przypomniało mi się właśnie, że w początkach swojej emigracji wręcz nie chciałam mówić po polsku i przyznawać się, że jestem z Polski. Uporczywie ćwiczyłam swój angielski nie rozumiejąc w pełni dlaczego tak robiłam. Jakiś czas temu to stało się jasne…

– A czemu tak okładka taka ciemna? Nie podoba mi się. Trzeba jaśniej było. – mówili niektórzy znajomi Polacy nieco później po publikacji. – A po co ta kula? Źle wygląda z kulą, trzeba było to zdjąć. Ładna okładka, ale bez kuli by było lepiej. – Zawsze było jakieś "ale". To słowo "ale" kiedy jeszcze mieszkałam w Polsce ktoś z innego kraju podał mi za przykład, że to ja mam zawsze jakieś "ale" i nic nigdy nie jest dla mnie wystarczająco dobre.

– Jaka śliczna okładka! Taka tajemnicza. – mówili znajomi, głównie posługujący się językiem angielskim lub niemieckim na codzień. Niektórzy byli Polakami, ale od lat nie mieszkali w Polsce.

– Tytuł co prawda nie wyszedł tak wyraźnie jak miał, ale zobacz! Dodaje to jeszcze więcej mistycyzmu, czyli błąd nawet wyszedł na dobre. – Byłam pełna podziwu, kiedy to usłyszałam i postanowiłam natychmiast zanotować. Rzecz jasna usłyszałam to od osoby anglo i niemiecko języcznej.

Być może z nieco cięższym sercem wracałam do Niemiec, nasiąknięta niczym gąbka, że rzeczywiście muszę poczytać słownik synonimów i postarać się unikać tego eee, oooo i innych podobno bardzo polskich przerywników, wspomagaczy wypowiedzi. Pokazałam wszystko swoim znajomym myśląc jakby tu wydobyć prawdziwe reakcje, wiedząc dobrze, że jeśli ktoś nie chce mnie zranić, to po prostu pochwali.

– Zwariowałaś? To wygląda bardzo profesjonalnie. Jakie spięcie, normalnie się wypowiadasz, a co miałaś czytać z kartki jak automat? To nie była przemowa tylko rozmowa!

Nie mogłam się powstrzymać, by się nie podzilić w końcu komentarzami od rodaków:

– Fatalnie wyglądasz na tych zdjęciach, usunąłem je, tylko te dobre zostawiłem. – Zdanie niby w porządku, ale czuło się jakąś niebywałą ciężkość w tej wypowiedzi.

– A jak masz wyglądać jak mówisz i ktoś cię łapie aparatem z przypadku? Przecież wszyscy wiemy, że każda osoba publiczna ma prywatnych fotografów i nie wolno nawet robić innym zdjęć, oni dbają o wizerunek i już. To wszystko co w mediach to iluzja. Głupotą byłoby oczekiwać perfekcji po każdym zdjęciu.

DSC_1069

Im więcej słyszałam wypowiedzi na ten sam temat od Polaków mieszkających w Polsce i innych narodowości nieco rozsypanych po świecie, tym bardziej nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że w cudownym kraju: Polska położona nad Wisłą panuje bardzo zaraźliwa choroba, wirus, na który nikt nie zwraca uwagi, a zmienia percepcję, na taką, z którą właściwie najtrudniej żyć osobie zarażonej. Ja na szczęście wyjadę, wyleczyłam się raz, to wyleczę się ponownie, zdecydowałam, dostrzegając w samej w sobie, że nie jestem odporna na to, co słyszę.

Z drugiej strony czyniąc te swoje obserwacje i będąc z natury ciekawą psychologii i uwarunkowań ludzkich dostrzegłam dziwne tendencje u osób, które nigdy przedtem nie szukały ze mną kontaktu, ale teraz po spotkaniu autorskim, pragną spotykać się częściej, być obecne w moim życiu, pomocne i są niezwykle pozytywne. Czy mogę uwierzyć w taką zmianę będąc rodowitą Polką? Amerykanin powiedziałby:

– Bierz rzeczy jakie są. Ludzie są mili i dobrzy i tak ich bierz, dopóki nie pokażą ci inaczej.

Znajomy kochany Polak powiedział:

– Coś ty! Nie wierz w to, ona interesowna jest! – usłyszałam natychmiast dzieląc się tym, co doświadczyłam. – Jak ci ktoś kadzi, to wiadomo, że coś chce! Ludzie chcą używać twojego sukcesu, chcą się zawsze kąpać w blasku innych.

– No coś ty! – zaprotestowałam. – Nie przesadzajmy! Może jesteś zbyt krytyczny?

– Ja w ogóle nie jestem krytyczny! – zaprzeczył Polak. – Prawdę ci mówię kobieto! O faktach mówię.

Tak, pomyślałam, czemu jednak każdy twierdzi, że posługuje się faktami, a każdy widzi co innego. Psychologia społeczna ma oczywiście odpowiedzi na te pytanie. Szczególnie porównując kultury nie mogę nie przynać i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że spory wpływ ma na to kraj, w którym żyjemy oraz język, jakim sie posługujemy.

 

***


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress
/div